Domek z kart

Zacznę od pewnej opowieści. Faktu autentycznego, jak to się czasem brzydko pisze, ale utrzymanego przeze mnie w konwencji bajkowej.

Dawno, dawno temu, wcale nie za siedmioma górami i siedmioma morzami, ale całkiem blisko, bo w pewnej gminie, zebrało się kilka osób. Zirytowanych podejściem „grupy sprawującej władzę” realizującej bolszewicką zasadę „kto nie z nami, ten przeciw nam”. Przekonanych o konieczności wymiany „tych przy korycie”, ale jednocześnie świadomych, że będzie to trudne bo dotychczasowe próby rozmowy z „grupą…” kończyły się awanturami, które wypłaszały zdecydowaną większość społeczności.

Byli świadomi realiów. Czyli braku zainteresowania większości tym, co się dzieje, i unikania działania w myśl irracjonalnie pojmowanego „świętego spokoju”. I to pomimo tego, iż „grupa…” nieźle sobie nagrabiła ignorując potrzeby społeczności, a grając pod własne. Wszyscy o tym wiedzieli, wszyscy oceniali negatywnie, mało kto był zainteresowany zmianą.

Paradoks? Nie. Proza naszego społecznego życia. Prozaicznie polski obywatel nie zdaje sobie sprawy z tego, że dysponuje siłą. Możliwością wpływania na swoje otoczenie i jego zmiany o ile będzie umiał się zorganizować. Ale to na marginesie.

Spiskowcy nie mieli wyboru, jeśli chcieli wygrać, to musieli to rozegrać. Rozegrać ciężką pracą u podstaw, ponieważ zaniedbując „marketing polityczny” i pracę u podstaw nie osiągnęliby niczego. Po prostu reszta społeczności albo zagłosowałaby po staremu na „grupę…”, albo wręcz nie wzięłaby w wyborach udziału.

Zaczęły się telefony, wizyty, rozmowy… Ostatecznie udało się, ale nie bez problemów. Paradoksalnie spiskowcom pomogli sprawujący władzę próbując narzucić swój awanturniczy styl, czym przekonali do zmian nawet swoich stronników mających już po dziurki w nosie prymitywnego chamstwa. Co to były za wybory? Cóż. To były wybory do Komitetu Rodzicielskiego klasy syna mojego kolegi.

Ktoś się roześmiał? Jeśli tak, to (pardon), ale jest idiotą. Polityka jest wszędzie. Otacza nas, czy to się komuś podoba, czy nie. Rządzi się określonymi prawami. Jeśli jesteś mieszkańcem wspólnoty mieszkaniowej i (z kilkoma sąsiadami) chcecie zbudować plac zabaw, a kilkoro innych starszych wiekiem sąsiadów chce skwerku z ławkami, to tak długo, jak jedna z grup nie uzyska większości nie ma szans na żadną z tych inwestycji. Musicie się dogadać. A jeśli uważasz, że ci się należy, bo to śmo i owo, to wróć do drugiego zdania tego akapitu. Nikt za ciebie niczego nie zrobi.

Teraz przejdę do meritum.

W piątek wybuchła afera taśmowa. Nasza klasa polityczna pokazała klasę zachowując się, jak mało rozgarnięte dzieciaki w piaskownicy. Dali się nagrać w miejscu publicznym. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że wiadoma knajpa znajduje się o rzut beretem od siedziby BOR.

Możliwe, że część z czytających ogląda amerykański serial House of Cards z Kevinem Spacy. Cóż można powiedzieć? Kevin na Ministra Spraw Wewnętrznych? Bohaterom nagrań polecam ten serial, bo pomimo że to fikcja wyglądacie przy niej, niczym rozkrzyczane fąfle.

Trudno wskazać, kto jest odpowiedzialny za nagrania. Czy to są byli (obecni?) funkcjonariusze służb? Czy obcy (rosyjski?) wywiad? Mafia? Henio z mięsnego? W tej chwili nie sposób to ocenić, bo pretendentów jest wielu i każdy z nich odnosi z wiadomej sytuacji korzyść. Bez względu na treść wali to w nasz rząd (o co zadba opozycja) i może doprowadzić do jego osłabienia zarówno lokalnie, w kraju, ale i na arenie międzynarodowej. W obecnej sytuacji zwłaszcza ta druga ewentualność jest niebezpieczna. Przy widocznej niezborności Unii Europejskiej może to się na nas odbić negatywnie, zwłaszcza w kontekście polityki wschodniej.

Odnosząc się do treści ujawnionych rozmów nie sposób nie wspomnieć o naszym politycznym grajdole. Otóż partie, które same mają na sumieniu poważniejsze polityczne deale, teraz rozdzierają szaty. Śmieszy to, zwłaszcza, gdy ma się świadomość, że jest to gra wyłącznie pod publiczkę. Komedia zaczęłaby się, gdyby ujawniono podobne rozmowy dzisiejszych szatorozdzieraczy.

W tej chwili nawet nie jest istotne, co opublikowano, tylko to, czego jeszcze nie ujawniono.

Rozmowę Sławomira Nowaka trudno ocenić inaczej, jak negatywnie. I to używając wielce delikatnego słowa. Trzeba było opodatkować te pięćdziesiąt tysięcy, panie ministrze… Wtedy, po prostu, nie byłoby problemu. Z kolei rozmowa między Markiem Belką a Bartłomiejem Sienkiewiczem już tak jednoznaczna nie jest. W jej przypadku ewidentnie istotne jest to, czego nie ujawniono. Sam dobór opublikowanych nagrań stanowi pewną manipulację. Pierwsze, te z Nowakiem, czyli zatopionym byłym ministrem, ma dać kontekst drugiemu, zdecydowanie lżejszemu gatunkowo. Za pierwsze ktoś może pójść siedzieć, drugie ma wywołać zamieszanie i zdestabilizować sytuację polityczno-ekonomiczną. Gdyby Belka z Sienkiewiczem podobnej treści uwagi opublikowaliby w formie artykułów prasowych, tudzież konferencji prasowej, zapewne pies z kulawą… Może z wyjątkiem kwestii dymisji Jacka Rostkowskiego.

Komu to służy? Wymiernym efektem całej afery będzie utwierdzenie znacznej części społeczeństwa, że polityka to bród, smród i niejasne deale. Czyli niezbyt dobrego jej rozumienia. W konsekwencji wzrośnie poparcie dla wszelkiej maści skrajności politycznych, zwłaszcza tych sprzedających naiwnym recepty na powszechną szczęśliwość, powroty do cudacznie pojmowanej wolności itede. Nie sądzę, by obecna opozycja stanęła na wysokości zadania. Zresztą, już ruszyła lawina wniosków o skrócenie kadencji, odwołanie rządu, ministra Sienkiewicza…

Cóż. Osobiście chciałbym dożyć czasów, w których będziemy mieli opozycję z prawdziwego zdarzenia. Czyli taką, która będzie tworzyć własną muzykę, zamiast tańczyć do cudzej, zwłaszcza nieznanego autorstwa.

Comments are closed.

Close Print