Kłapouchy i Prosiaczek

…wybrali się do redakcji Wprost tanecznym krokiem. Mniej więcej w takim stylu prowadzone były działania. Jeśli wierzyć naczelnemu Sylwestrowi Latkowskiemu, barierą niemal nie do pokonania okazała się Tajna Technologia Ze Strefy 51 czyli laptop firmy Apple. Niewątpliwie wieczorowy kurs excela nie wystarczył. Biuro rzeczy znalezionych też ma co robić, bo profesjonaliści raczyli byli zostawić walizeczkę z pieczątkami i dokumentami. Cytując klasyka: strach się bać.

W moim odczuciu wczorajszą bombę odpalił mało lotny urzędnik przyzwyczajony do nieco innego rodzaju działalności „przestępczej” niźli (sic!) wolne media. Do której może startować z pozycji siły, na rympał, bo to dziupla z kradzionymi samochodami na ten przykład. Ewidentnie zabrakło wyczucia i wyobraźni. Względnie wspomniany urzędnik postanowił pokazać siłę i zdecydowanie państwa nie rozumiejąc, co te pojęcia oznaczają.

Oczywiście prokuratura miała prawo wystąpić o rzeczone materiały, ale też i redakcja Wprost miała prawo ich bronić. Obie strony okopały się na swoim i w pewnym momencie kogoś poniosły emocje, względnie zaczął improwizować, bo wydaje się oczywistym, że w takich okolicznościach sprawę powinien rozstrzygnąć sąd, do czego zresztą nawoływał Latkowski. Na moje wyczucie na miejscu zabrakło kogoś o chłodnej głowie i dystansie do sprawy. Jest milion sposobów na przeprowadzenie takiej operacji, a wybrano najgorszy. Wręcz prostacki. Zamiast wchodzić ze służbami najpierw należało użyć telefonu.

Publikowanie materiałów pozyskanych w nielegalny sposób jest co najmniej dwuznaczne moralnie niezależnie od ujawnionej treści – chyba, że treść jednoznacznie mówi o przestępstwie. Jednakowoż redakcja powinna brać pod uwagę nieco szerszą perspektywę. Dawkowana publikacja nie może brać na zakładnika rządu. Trudno tutaj o złoty środek, niemniej nie widzę ze strony Wprost woli jego szukania. Ale też sama gazeta nie może narzekać, bo lepszego marketingu nie mogli sobie wyobrazić.

To, co wczoraj można było oglądać na żywo podważyło wiarygodność prokuratury i zaszkodziło politycznie rządowi, a zwłaszcza premierowi Tuskowi. Którego sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, ponieważ z jednej strony ma wczorajszą bombę, z drugiej nie znane materiały, które w jakimś stopniu mogą paraliżować rząd. I to niezależnie od tego, kto ten rząd tworzy, bo nagrania mogą dotyczyć nie tylko polityków koalicji i nie tylko kwestii podobnych do poruszanych w rozmowie Belka – Sienkiewicz. Dlatego w interesie państwa jest, by jak najszybciej wypłynęły.

W sumie nie jestem pewien, w jakim celu prokuratura chciała zabezpieczyć nośniki ponieważ umyka mi jeden aspekt sprawy. Nie znam się, niemniej do tej pory zawsze w mediach słyszałem, że dla celów procesowych istotne są oryginalne nagrania na oryginalnym nośniku. Nie kopia z kopii, tylko pierwotne nagrania. Czy Wprost takowe ma? Czy też te są w posiadaniu sprawcy? Jeśli to drugie, to jest trochę tak, jakby w sprawie o fałszowanie banknotów dla celów dowodowych pozyskiwano ich ksera.

Można uciekać w teorie spiskowe i twierdzić, że działania prokuratury miały na celu przejęcie taśm by uniemożliwić kolejne publikacje. Oczywiście można się doszukiwać helu we wszystkim, niemniej nie wypada go wdychać, bo to nie jest zdrowe. W dobie internetu zatrzymanie publikacji czegokolwiek jest dość problematyczne. To nie są czasy, gdy dziennikarz swoje materiały trzymał w papierowym notatniku. Obecnie, jeśli nie Wprost, to inna gazeta. A jeśli nie gazeta, to youtube lub podobny im serwis. W praktyce to jest kwestia rozesłania kupy maili.

Na koniec wypada wspomnieć, że adresatem nielegalnych materiałów były również inne gazety, ale tylko Wprost zdecydował się je opublikować. Część środowiska dziennikarskiego ma co najmniej mieszane uczucia względem zachowania tygodnika.


 © 2017 - Honor habet onus