Władca marionetek

Mamy ciąg dalszy sztuki napisanej przez nie znanego autora, wyreżyserowanej przez nie znanego reżysera o którym nie da się powiedzieć czegoś więcej niźli tego, że nie ma skrupułów. Nadal nie wiadomo kto i dlaczego. Jeśliby stała za tym prozaiczna zemsta, to byłaby skierowana w konkretne osoby, a nade wszystko dotyczyła konkretnej sprawy. A to wygląda na walenie po całości i w tej chwili nawet nie sposób określić, gdzie są granice tej całości.

Przykre, że redakcja Wprostu zaczyna robić za rodzaj agencji stenotypistów. Trudno dociec, jaki cel (poza komercyjnym) przyświeca publikacji materiałów przekazanych przez źródło o niejasnych motywacjach. Odnoszę wrażenie, iż tak zwane „prawdziwe dziennikarstwo” polega na czymś innym niźli obserwujemy. W działaniach redakcji Wprost nie ma niczego, co dawałoby nadzieję na coś więcej niźli swoiste „kopiuj / wklej”. Pozostaje mieć nadzieję, że konkurencja stanie na wysokości zadania i za jakiś czas będzie nam dane przeczytać artykuł odsłaniający kulisy oraz reżysera i scenarzystę.

Część mediów (i polityków) naszą aferę podsłuchową porównuje z chyba najsłynniejszą aferą tego typu, Watergate. Pomijając kwestie merytoryczne jest między nimi jedna istotna różnica sprawiająca, że nie ma o czym gadać. W amerykańskim przypadku było trwające dwa lata śledztwo dziennikarskie opierające się o przecieki od Głębokiego Gardła, a nie radośnie biegająca pod dyktando anonima redakcja.

No już podobno nie anonima. Wedle Wprost nagrania dostarcza znany redakcji z nazwiska biznesmen.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że znowu mamy do czynienia z pewnego rodzaju manipulacją. Z jednej strony jest kolejne nagranie ujawniające co najmniej dwuznaczną sytuację z długami komitetu kandydata na prezydenta Zbigniewa Religi i jego poparciem dla Donalda Tuska w 2005r. Z drugiej prywatną rozmowę między Radosławem Sikorskim a Jackiem Rostowskim. W dodatku, jak to niestety wygląda na standard, soczyście okraszoną „słówkami”. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to rozmowa prywatna w trakcie której padają prywatne opinie dodatkowo wzmocnione procentami i przekonaniem, że jej treść nie opuści ścian między którymi padła. Oczywiście należy bezwzględnie skrytykować niefrasobliwość podsłuchanych gadających o politycznej kuchni, jak o zadku Maryny. Takie kwestie, to tylko w gabinetach. Zwłaszcza, gdy mogą mieć reperkusje przekładające się na nasz kraj.

Jednakowoż nie sposób nie zwrócić uwagi, że nawet stricte prywatne sprawy polityków nie mogą być poruszane w miejscach nie zabezpieczonych. Prozaicznie istnieje ryzyko, iż na taśmę trafią kwestie, które mogą stać się podstawą do szantażu. Powoli dochodzimy do absurdu w postaci polityków rozmawiających poza gabinetami wyłącznie o pogodzie.
Ujawniona rozmowa między Sikorskim a Rostowskim to głównie woda na młyn dla wszystkich tych, którzy nie rozumieją (albo udają, że nie rozumieją) na czym polega różnica między prywatną rozmową a stanowiskiem rządu. W dodatku nazywają to hipokryzją. Rozumiem, że nigdy nie mieli okazji uczestniczyć w pracach dowolnego gremium i nigdy nie znaleźli się w mniejszości. Niemniej warto by wiedzieli, iż jedną z wad naszego życia społecznego jest notoryczne obrażanie się i zabieranie zabawek. Miarą profesjonalizmu bywa nie tylko umiejętność przekonania do swoich racji i ich wdrożenie, ale również zdolność do realizacji zadań z którymi niekoniecznie się zgadzamy. Polityka to gra zespołowa. Kto tego nie rozumie nie powinien się za nią brać. To jest zresztą problem naszej, krajowej polityki, ponieważ mamy w niej zbyt wiele zapatrzonych w siebie i zasłuchanych w swój głos indywidualności, a zbyt mało takich, które są zdolne działać ponad różnicami.

Warto zwrócić uwagę na postawę PiS, bo ta dziwi. Mocno dziwi. Wydawałoby się, że nie ma lepszego momentu by rzucić się Platformie i Tuskowi do gardła i przegryźć tętnicę. Albo (co zabrzmi surrealistycznie) wznieść się ponad podziałami i w jakiejś formie poprzeć rząd w walce z, jakby nie patrzeć, szantażystami. A tutaj w zasadzie cisza ostatecznie przerwana dość infantylnym i nijakim „chciałbym, ale się boję”. Nie wiem jak inaczej określić plecenie o nieziszczalnym rządzie technicznym, który ma organizować przyszłe wybory, i zmianach w ordynacji wyborczej mających pozwolić instalować w lokalach wyborczych kamer internetowych. To już armia działaczy Korpusu Obrony Wyborów nie wystarczy? Czy może zabrakło tych, którzy mieli pilnować członków KOW? Już nawet nie ma sensu prostować bzdur, bo do zaimpregnowanych na słowa inne niźli prezesine i tak nie trafi, że wyborów rząd nie organizuje.

Można się pokusić o teorię spiskopodobną i długie milczenie PiS tłumaczyć koniecznością przeprowadzenia audytu w terminarzach pisowskich decydentów, a nijakie wypowiedzi w przedmiocie sprawy nie najlepszym jego wynikiem. Jeden z publicystów zwrócił już zresztą uwagę na to, że nawet wcześniejsze wybory niczego nie gwarantują, bo nie ma pewności, czy tylko politycy PO byli podsłuchiwani.

Tak, czy inaczej, ktoś się bawi we władcę marionetek i kim by nie był przyszły premier (jeśli byłby inny niźli obecny), nie może sobie pozwolić na sprawowanie władzy bez wyjaśnienia kulis tej sprawy. Obawiam się, że niezależnie od napinania się partii opozycyjnych zmiana rządu nie jest w niczyim interesie.


 © 2017 - Honor habet onus