Widokówka z samochodu

Categories: Różności
Comments: Comments Off
Published on: 11 grudnia 2012

Nie ma chyba kierowcy, który przynajmniej raz w życiu nie dostał pocztą zdjęcia swojego samochodu w towarzystwie pomiaru prędkości i swoich danych personalnych. Czyli, sprowadzając do meritum, mandatu za przekroczenie prędkości. Zwykle w takiej sytuacji zaczyna się narzekanie, że się czają, że tylko ściągają kasę, że miejsce dziwne, że zamiast pilnować tam gdzie potrzeba to siedzą zupełnie gdzie indziej.

Ale bardzo często te same osoby, w innych okolicznościach, narzekają na kierowców. Na przekraczanie prędkości, wyścigi „do kotleta”, ignorowanie nie tylko znaków, ale nawet sygnalizacji świetlnej.

Rzeczywistość, jak zwykle, tkwi gdzieś pośrodku.

Kilka dni temu, w Warszawie, dziennikarz przeprowadził eksperyment. Przejechał miasto z południa na północ przestrzegając przepisów. Zajęło mu to około trzydziestu dwóch minut. Jadąc tą samą trasą w odwrotnym kierunku, ale już ignorując ograniczenia prędkości, jechałby trzy minuty dłużej. Jechałby, bo został złapany na „suszarkę” i spędził kwadrans czekając na mandat wartości trzysta złotych. Tyle rzeczywistość pomierzona. Nie jestem pewien, czy trzy minuty są warte ryzyka. Nie tylko finansowego, ale również zdrowia i może nawet życia.

W naszych drogowych realiach niestety jest tak, że ograniczenia prędkości bywają nadużywane. Do legendy przeszła już kombinacja znaków „oszronienie jezdni” plus „ograniczenie prędkości”. Jak powszechnie wiadomo, w naszym klimacie, oszronienia jezdni występują cały rok. Ale to i tak pół biedy, bo przynajmniej wiadomo czego się spodziewać. Znacznie częściej ograniczenie jest „ni przypiął, ni wyłatał” bo droga prosta, z dobrą widocznością a ograniczenie stoi. Chyba nie ma kierowcy, który nie potrafiłby wskazać miejsc w których ograniczenia prędkości, jego zdaniem, są niedorzeczne. Znowu krzyczy rzeczywistość, bo raz jest to tylko stereotyp, innym razem ograniczenie ma swoje uzasadnienie, niewidoczne z perspektywy samochodu, zwłaszcza w nieznanym kierowcy terenie. Na stereotyp znaczny wpływ ma kilka polskich gmin, które z „suszarki” i mandatów zrobiły intratny biznes ze znaczącą pozycją w swoich dochodach. Ale, niezależnie od intencji przyświecających ograniczeniom, najprostszą metodą uniknięcia „widokówki” jest zdjęcie nogi z gazu.

Zupełnie inną parą kaloszy jest teren zabudowany. Spora grupa kierowców ma przykry zwyczaj permanentnego ignorowania obowiązującego w nim ograniczenia. Na tzw trasie poznańskiej (dawna DK2, obecnie DK92) limity przestrzegane są głównie wtedy gdy jest korek. Podobnie jest na trasie DW580, Leszno – Warszawa. Co się wyrabia po okolicznych miejscowościach można się tylko domyślać z częstotliwości próśb o budowę chodnika czy lokalizację fotoradaru, budowę sygnalizacji świetlnej. Zwykle mechanizm jest taki, że droga zostaje wyremontowana i przez to staje się areną wyścigów.

W tym miejscu pole do popisu mają zarządzający drogami. Niestety realia znowu nie napawają optymizmem, ponieważ ci zdają się nie pamiętać, że drogi służą ludziom a nie samochodom. Dlatego uporczywie, jak o Świętego Grala, dbają o przepustowość i płynność ruchu bez względu na panujące w danym miejscu realia. W efekcie uczą kierowców, że każda droga jest tranzytowa niezależnie od jej przebiegu i otoczenia, przeznaczona dla ruchu samochodowego, od krajowej, po gminną, a inni użytkownicy są intruzami. Do tego stopnia, że nawet jeśli gdzieś ten chodnik zostanie wybudowany to zaczyna służyć za parking a piesi, na powrót, są wyganiani na jezdnię, zwłaszcza ci najmłodsi, jeszcze w wózkach. Do tego kierowcy są przyzwyczajani do myśli, że im się należą obwodnice, trasy szybkiego ruchu itp. Niestety (stety) realia są takie, że ostatnich kilka, kilkanaście kilometrów dojazdu do domu czy miejsca pracy to zawsze są drogi lokalne z dobrodziejstwem inwentarza a nie „tranzytówki”.

W krajach o daleko dłuższej tradycji kultury jazdy, tendencja jest całkowicie odmienna. Tam przede wszystkim myśli się o najsłabszych użytkownikach ruchu. Dlatego niebezpieczne zachowania kierowców wobec pieszych i rowerzystów są surowo karane. Dlatego też chodniki i drogi dla rowerów są budowane nie po to by upłynnić ruch i poprawić przepustowość drogi (czytaj – umożliwić niektórym kierowcom bezkarne łamanie ograniczeń prędkości) tylko w celu poprawy ich bezpieczeństwa, w dodatku do pary z infrastrukturą utrudniającą samochodom przekraczanie prędkości. U nas budowa wyniesionego skrzyżowania zaliczana jest do kategorii „nie da się”. W krajach zachodu to norma. Podobnie „mijanki” czy zwężenia.

Bezpieczeństwo na drodze to bardzo złożony problem, wymagający znacznej wiedzy, umiejętności przewidywania i wyobraźni. Wiedzy jak budować drogi by były faktycznie bezpieczne a nie obstawione, dla czystego picu i „delegacji” odpowiedzialności na innych, znakami tylko symulującymi ramy bezpieczeństwa. Ale z całą pewnością nie mieści się w tych ramach np. jazda 80km/h przez miejscowość, gdzie z dowolnej bramy może wyskoczyć psiak, albo wyjechać dziecko na rowerku.

Comments are closed.

Close Print